Analiza: Chrome OS - czy na pewno zabłyśnie?

Plotki o tym, że Google przygotowuje własny system operacyjny, są niemal tak stare jak sama firma. Gdyby informacja tego typu potwierdziła się kilka lat temu, kursy akcji Google'a z pewnością wystrzeliłyby w górę, a Microsoftu -- spadły na łeb. Dziś, kilka dni po zapowiedzi wydania Chrome Operating System, każdy może sprawdzić środowe notowania NASDAQ -- kursy akcji GOOG prawie nie drgnęły, a sama zapowiedź została potraktowana nie jako zwiastun przełomu, lecz jako interesująca ciekawostka.
W poniższej analizie zastanawiamy się, czy Chrome OS ma szansę w jakikolwiek sposób wpłynąć na układ na rynku IT. Jakie motywy stoją za decyzją o jego produkcji? Jakie cele może przy jego udziale osiągnąć Google? Co może zawierać "przeglądarkowy" system operacyjny i z jakimi wyzwaniami przyjdzie mu się zmierzyć? Zapraszamy do lektury.
Google wczoraj...
Zanim przejdziemy do omawiania samego systemu operacyjnego, zauważmy istotną zmianę postrzegania marki Google w minionych latach. Znakomita wyszukiwarka internetowa pozostaje do dziś kluczowym produktem (czy też raczej usługą) firmy i to głównie dzięki trafnym wynikom wyszukiwania zapewniła twórcom opinię błyskotliwych inżynierów proponujących innowacyjne rozwiązania. Opinia ta przeniosła się na całą firmę, co zaowocowało dużą liczbą wysoko kwalifikowanych specjalistów szukających zatrudnienia u giganta z Mountain View. Dopełnieniem obrazu idealnego pracodawcy były niespotykane nigdy wcześniej bonusy, bogate wyposażenie biur, swobodna atmosfera pracy, możliwość poświęcania jednego dnia w tygodniu własnym projektom badawczo-rozwojowym oraz płaska struktura zarządzania. Mottem firmy obrano wezwanie "don't be evil" (nie czyń zła), które odbierano jako przeciwstawienie Microsoftowi, utożsamianego z monopolistycznym molochem wyzyskującym klientów i dławiącym wszelką konkurencję na rynku.
Firma gromadząca wówczas tak duży ładunek pozytywnych skojarzeń była postrzegana przez zagorzałych fanów jako jedyny konkurent mogący rzucić wyzwanie Microsoftowi, który zatracił -- co charakterystyczne dla dużych korporacji -- zdolność do szybkiego reagowania na zmiany, którym podlegała branża internetowa. Co jednak istotne, sam Google nie próbował wprost atakować tak umocnionych pozycji Microsoftu, jak system Windows czy pakiet Office. Zamiast tego tworzyła kolejne usługi online, dbając o komfort użytkowników przeglądarki internetowej domniemanego konkurenta (IE miał wówczas ponad 90% rynku). Z drugiej strony, podejmowane przez Microsoft próby dogonienia Google'a oraz Yahoo! w sieci były generalnie nieudane i nie miały dobrej prasy.
... i dziś
Z perspektywy pięciu lat widać, że erozja marki Google miała wiele przyczyn, które zestawione razem bezpowrotnie zniszczyły nieskazitelny obraz firmy odnoszącej same sukcesy i to w zgodzie z wysokimi standardami etycznymi. Przede wszystkim należy tu wspomnieć o cenzurze wyników wyszukiwania wprowadzonej na żądanie chińskiej administracji do tamtejszej edycji wyszukiwarki -- w opinii wielu obserwatorów jest to nie tylko jawne sprzeniewierzenie się wartościom firmy, ale także przykładanie ręki do działań rządu łamiącego prawa człowieka. Wśród wielu produktów, które nie przyjęły się na rynku, można wskazać choćby Lively -- platformę komunikacyjną z elementami grafiki 3D, której zamknięcie w grudniu zeszłego roku było równie głośne, jak wcześniejsza o pół roku premiera. Firma ma już za sobą zwolnienia grupowe, zaś niektóre przywileje pracowników (np. darmowe przekąski) zostały znacznie ograniczone. Wielu komentatorów wskazuje też, że Google przechowuje i przetwarza bardzo szczegółowe dane milionów ludzi, mając możliwość łączenia np. zawartości skrzynek pocztowych, aktywności na forach internetowych i haseł wpisywanych w przeglądarkach. Tak zestawione dossier byłoby oczywistym zagrożeniem dla prywatności, co pomału przenika do świadomości użytkowników.
Szlachetny wizerunek Dawida stającego do walki z Goliatem należy do przeszłości, w wielu obszarach to właśnie Google stał się niekwestionowanym monopolistą i nie ustrzegł się niestety przed negatywnymi konsekwencjami tego faktu.
Po co komu nowy system operacyjny?
Od przeszło dwudziestu lat rynek komputerów osobistych zdominowany jest przez systemy operacyjne z rodziny Windows. Zauważalną pozycję zajmują jeszcze MacOS i Linux. Niewiele zresztą brakowało, by na tej krótkiej liście zabrakło MacOS -- 12 lat temu firma Apple była bliska bankructwa, przed którym uratowała ją inwestycja... Microsoftu. Linux wypełnił niewielką niszę jako otwarta implementacja systemu uniksowego i rozwijany jest dzięki darmowej pracy hobbystów oraz inwestycjom firm związanych z jego wdrażaniem i dystrybucją. Weterani rynku pamiętają innych pretendentów, jak choćby OS/2 czy BeOS. Oba nie przeżyły zderzenia z programistyczną odmianą problemu jajka i kury: skoro nowy system nie jest popularny, nikomu nie opłaca się tworzyć dla niego oprogramowania, przez co nikt go nie kupuje i nie może on zyskać popularności, która zachęciłaby do tworzenia oprogramowania.
Dotykamy tu pierwszego problemu -- dostępności oprogramowania firm trzecich. Nawet stricte internetowy, "lekki" (cokolwiek by to miało znaczyć) system operacyjny Chrome OS nie może ograniczyć się do samej tylko przeglądarki. Do absolutnego minimum należy także komunikator obsługujący popularne protokoły, plugin Adobe Flash, program do odtwarzania filmów i przeglądania zdjęć, aplikacja otwierająca pliki PDF... Lista rośnie szybko i jasne jest, że żadna firma (nawet tak bogata jak Google) nie będzie w stanie prowadzić jednocześnie tak wielu rozdrobnionych projektów, które z definicji nie przyniosą ani centa zysku.
Z zapowiedzi Chrome OS wiemy, że system ten ma być dostępny na dwie platformy systemowe, x86 (procesory Intela i AMD) oraz ARM (energooszczędne procesory typu RISC, stosowane w komórkach i elektronice użytkowej). Gdyby system miał powstawać od zera, koszty równoległych prac rozwojowych byłyby wielokrotnością nakładów na system ograniczony do pojedynczej platformy sprzętowej.
No właśnie, dlaczego nie od zera?
Odłóżmy na chwilę zagadnienie, czy system operacyjny bez oprogramowania ma sens. Rozważmy za to, czy kogokolwiek na świecie stać na wyprodukowanie systemu o złożoności Windows czy Linuksa oraz czy jego wytworzenie od zera byłoby w ogóle możliwe. Odpowiedź na oba pytania brzmi: nie.
Dzięki dość wiarygodnym szacunkom członków Linux Foundation wiemy, że odtworzenie samego tylko jądra Linuksa wymagałoby około 7500 osobolat. Podobnie jednak, jak dziewięć kobiet nie jest w stanie urodzić dziecka w miesiąc, tak samo siedmiu tysiącom programistów takie zadanie nie zajęłoby roku -- tu estymaty przewidują niemal 16 lat pracy zespołu developerskiego liczącego ok. 470 osób. Kalkulacja kosztów przynosi kosmiczną wprost kwotę 1 milarda 300 milionów dolarów. A mówimy o samym tylko kernelu! Do tego potrzebne byłyby narzędzia systemowe, menedżer okien, programy użytkowe... Dość powiedzieć, że wg. tego samego źródła napisanie od nowa wszystkich programów wchodzących w skład dystrybucji Fedora 9 kosztowałoby ponad 10 mld USD i trwało skromne 25 lat. Gdyby zaś mimo wszystko trafił się chętny do wydania takiej kwoty, musiałby najpierw znaleźć i zatrudnić odpowiednią liczbę specjalistów o odpowiednich kwalifikacjach -- zadanie samo w sobie godne Nobla.
Oczywiście nowy system nie musiałby dźwigać tak dużego bagażu wstecznej kompatybilności, więc podane powyżej szacunki można uznać za kilkukrotnie zawyżone, lecz znowu -- akcjonariusze nie lubią wyrzucania pieniędzy w błoto, zwłaszcza kwot rzędu miliarda dolarów (dla porównania -- tegoroczny budżet Polski to w przeliczeniu grubo poniżej 100 mld USD).
Linux everywhere
W świetle powyższych informacji oczywiste stają się przyczyny, dla których firma Google zdecydowała się wykorzystać w swoim projekcie Linuksa. Przede wszystkim istnieje on i działa z powodzeniem na spektakularnie szerokim zakresie sprzętu -- od komputerów przemysłowych wielkości paczki zapałek po superkomputery napędzane tysiącami procesorów. Po drugie jest to system dobrze znany inżynierom pracującym w firmie - na Linuksie oparta jest cała infrastruktura serwerowa należąca do Google'a. Po trzecie, dostępny jest za darmo, co daje wykazane powyżej gigantyczne oszczędności czasu i pieniędzy.
Bez odpowiedzi pozostaje na razie pytanie, jak bardzo modularna będzie budowa Chrome OS oraz to, czy będzie oparty na którejś z istniejących dystrybucji. Naturalnym kandydatem byłby tu Debian, baza wielu innych edycji Linuksa. Należy pamiętać przykład Oracle'a, który włączył do swojej oferty autorską dystrybucję zbudowaną nie od zera, lecz na bazie pakietu Red Hat Enterprise Linux.
Teoretycznie można sobie także wyobrazić budowę systemu zgodnego z Microsoft Windows, wszakże ReactOS (darmowy system kompatybily, w zamierzeniach, z Windows NT) już po 10 latach pracy hobbystów może uruchomić Firefoksa. W praktyce skrajnie nieprawdopodobne byłoby dotrzymanie kroku Microsoftowi, który stale rozwija swój produkt, oprócz tego Microsoft ma w zanadrzu broń ostateczną -- tysiące patentów na tyle części swojego systemu, że ich odtworzenie w alternatywnej postaci byłoby niemożliwe.
Grupa docelowa a bujanie w chmurze
Według zapowiedzi Chrome OS ma być instalowany przede wszystkim na popularnych netbookach, komputerach przenośnych z niezbyt dużym ekranem i relatywnie słabym procesorem. Swój udział w projekcie zapowiedzieli już Acer, ASUS, HP i Lenovo, więc sprzętu z preinstalowanym systemem nie powinno zabraknąć. Pojawia się jednak dylemat: czy znajdzie on nabywców? Oraz kto, mając już netbooka, będzie zainteresowany usunięciem Windows czy Linuksa na rzecz Chrome OS?
Trudno odpowiedzieć na to pytanie jednoznacznie, bo nie istnieje jeden profil użytkownika netbooka. Można znaleźć co najmniej kilka stereotypowych postaci: miłośnik mobilnego internetu, dla którego ekran iPhone'a czy G1 jest zbyt mały; student, którego stać co najwyżej na małego laptopa; wykładowca lub biznesmen prowadzący wykłady lub szkolenia; podróżnik lub reporter, korzystający z netbooka do wysyłania zdjęć zrobionych cyfrakiem... Łatwo spostrzec, że system operacyjny składający się głównie z przeglądarki internetowej nie będzie wystarczająco użyteczny dla większości z wymienionych osób. Nawet, jeśli przez większość czasu korzystamy z GG i Firefoksa, trudno pogardzić możliwością uruchomienia torrenta, programu do nauki języków czy kupionej w sklepie gry.
Jedno z głównych założeń projektowych Chrome OS-a jest to, że użytkownikom nie będzie zależało na lokalnej obróbce danych, gdyż niemal wszystkie aktywności będą miały miejsce z wykorzystaniem usług online. Poczta elektroniczna w Google Mail, dokumenty w Google Docs, klipy wideo z wakacji w YouTube, zdjęcia we Flickrze, kontakt z przyjaciółmi poprzez Twittera -- tzn. cloud computing (przetwarzanie w chmurze) ma się nieźle i zdobywa wielu zwolenników.
Powyższe założenie jest jednak o tyle chybione, że obecnie większość użytkowników korzysta z tego typu usług wybiórczo, np. wrzucając do sieci tylko te fotki, które chce pokazać bliskim, wszystkie pozostałe zaś trzymając na dysku. W ten sposób nie tylko chronią swoją prywatność, lecz uniezależniają się od problemów z dostępem do internetu czy... bankructwem serwisu, który znikając z sieci zabrałby bezpowrotnie cenne dane użytkowników.
Wartość dodana
W komentarzach do informacji prasowej dotyczącej Chrome OS ktoś trzeźwo zauważył, że nie wystarczy usunąć z Ubuntu wszystkiego poza Firefoksem, by otrzymać "Firefox OS". Aby Chrome OS był postrzegany jako niezależny produkt, będzie musiał wnieść więcej wartości dodanej, niż tylko odświeżoną przeglądarkę Chrome. Prawdopodobnie jednym z takich elementów może być zapowiadany autorski system okien dopasowany do niewielkich rozdzielczości ekranu - znane z innych dystrybucji KDE i Gnome słabo radzą sobie w 600 pikselach rozdzielczości pionowej. Być może Google będzie w stanie przeforsować także dołączenie do Chrome OS oprogramowania, które z przyczyn licencyjnych nie mogło być umieszczane w innych dystrybucjach - mowa np. o kodekach audio i wideo, pluginie Flash, środowisku uruchomieniowym Java itp. Bez tych składników nie będzie można z czystym sumieniem napisać o systemie, że ten "po prostu działa".
Jeśli jednak interfejs użytkownika i integracja komponentów offline i online przewyższą jakością i przyjaznością obsługi istniejące desktopowe rozwiązania linuksowe, Google po pierwsze wzmocni wizerunek firmy dostarczającej użyteczne produkty, po drugie zaś stworzy realną alternatywę dla Windows XP i niszowych dystrybucji pokroju Eeebuntu. Nie bez znaczenia może być też uszczuplenie przychodów Microsoftu - choć pojedyncza licencja OEM dla netbookowego XP to około 15 USD, jednak przy dziesiątkach milionów egzemplarzy kwota zaczyna być poważna.
Potencjalne problemy
Pierwszą i najważniejszą barierą ograniczającą wzrost popularności Chrome OS będą z pewnością kłopoty z instalacją, szczególnie w konfiguracji dual-boot. Spodziewana konieczność repartycjonowania dysku raczej odstraszy od instalacji "na próbę". Dodatkowo zwykły użytkownik, który potrafi zainstalować w Windows przeglądarkę Chrome, ale nie zetknął się nigdy z pojęciem partycji, będzie miał naprawdę duże trudności z instalacją Chrome OS na netbooku bez napędu optycznego. Zbieżność nazw obu produktów z pewnością nie będzie pomocna, w wynikach wyszukiwania hasła "Chrome" będą się przeplatać informacje o systemie operacyjnym, przegladarce oraz... pierwiastku chemicznym.
Drugi problem to potencjalny brak sterowników sprzętu. Choć w ostatnich latach Linux odnotował tu bardzo duży postęp, wciąż jednak zdarzają się problemy. Duża część z nich dotyczy sterowników do kart WiFi, to zaś może bardzo mocno uderzyć w reputację ukierunkownaego na netbooki oraz internet Chrome OS-a. Google będzie też musiał arbitralnie określić, jakie urządzenia peryferyjne będą obsługiwane (np. drukarki), a jakie nie (np. skanery). Każda uwzględniona kategoria to wzrost złożoności systemu uderzający w zapowiadany błyskawiczny start systemu, każda pominięta wywoła frustrację części użytkowników.
Trzecim problemem będzie konieczność okresowego łatania systemu. W innych dystrybucjach Linuksa problem jest rozwiązywany poprzez duże rozdrobnienie pakietów i łatwością aktualizacji każdego z nich z osobna. Nie wiadomo na razie, jakie rozwiązanie zostanie zaimplementowane przez inżynierów Google'a.
Ostatni lecz nie mniej istotny od poprzednich problem merytoryczny to mała popularność samej przeglądarki Chrome, która w ciągu 10 miesięcy istnienia zdobyła niespełna 2% rynku. Nikogo nie zdziwi chyba przewrotna przeróbka Chrome OS-a pozbawiona... przeglądarki Chrome, z Firefoksem na jej miejscu.
Nieco złośliwie można też zauważyć, że Google ma dość małe doświadczenia w produkcji oprogramowania działającego na komputerach użytkowników -- Picasa, Google Earth czy SketchUp 3D to programy które trafiły pod markę Google'a po przejęciu zespołów tworzących pierwsze wersje produktów. Jeśli pominąć niewielkie narzędzia w rodzaju Toolbara, pierwszą większą aplikacją powstającą pod szyldem Google'a jest właśnie przeglądarka Chrome.
Podsumowanie
Nie będziemy kończyć powyższych rozważań oceną szans sukcesu rynkowego Chrome OS-a, gdyż dziś nie bardzo jeszcze wiemy, jakie obrać kryteria. Paradoksalnie bowiem, w świetle oficjalnych zapowiedzi Chrome OS wydaje się idealnym systemem raczej dla Crunchpada i kiosków internetowych, niż współczesnych netbooków.
Należy jednak pamiętać, że Chrome OS zwiększa szanse wejścia na rynek netbooków działających w oparciu o procesory ARM. Takie energooszędne maszyny mogłyby pracować na akumulatorach nawet kilkanaście godzin, skoro zaś CPU uniemożliwi instalację Windows XP, Chrome OS może okazać się najlepszą istniejącą alternatywą.
Do tematu powrócimy, gdy tylko zobaczymy Chrome OS na żywo.









Komentarze użytkowników(Strona 1 z 1)
Jarek @ Jul 13th 2009 2:48PM
"Do absolutnego minimum należy także komunikator obsługujący popularne protokoły, plugin Adobe Flash, program do odtwarzania filmów i przeglądania zdjęć, aplikacja otwierająca pliki PDF..."
Komunikator - Meebo, filmy - Youtube/Vimeo/Hulu/co zechcesz, zdjęcia - Flickr/Picasa, a PDFy to i sam Google już dziś potrafi otwierać, jak widać chociażby w Gmailu. Jak netbook, to netbook, bądźmy konsekwentni.
Nek @ Jul 13th 2009 2:58PM
jeżeli skorzystają ze swojego native clienta to będzie możliwość odpalenia dowolnej aplikacji w przegladarce
Tomasz Zieli%u0144ski @ Jul 13th 2009 2:50PM
Native Client jest tylko dla 32-bitowego x86, a Chrome OS ma działać na prockach ARM.